aktualności

 

data
2014-09-11 Otwarte Mistrzostwa Polski Lekarzy w Kolarstwie Górskim czyli nie patrz wstecz!
Każdy z Was, kto jeździ samochodem, zdaje sobie albo i nie zdaje sprawy z tego, jak często spogląda podczas podróży we wsteczne lusterko...
  Ja w każdym razie uświadomiłem to sobie, kiedy jeszcze miałem (były to prastare czasy poprzedniego wieku) trabanta i kiedy odpadło mi ze starości lusterko wsteczne. Tak często spoglądałem w miejsce, gdzie lusterko to powinno się znajdować i do tego jeszcze nieustannie zadawałem sobie pytanie, po co się tam gapię, że w końcu wyrobiłem sobie taki nawyk zastępczy, że miałem pod ręką lusterko kieszonkowe i w najważniejszych momentach podnosiłem je, żeby sprawdzić, co się dzieje za trabantem.

Teraz, kiedy kilka razy w tygodniu pokonuję dziewięćdziesiąt jeden kilometrów do pracy i tyleż z powrotem, nawyk spoglądania w lusterko jest we mnie nawet jeszcze silniejszy. Myślę, że co jakieś co dwie – trzy sekundy wędrują tam moje oczy. Jeżdżę co prawda z prędkością zbliżoną do maksymalnej dopuszczalnej, ale mimo to w każdej chwili spodziewam się od strony lusterka ataku:

- szczodrobliwego dawcy narządów, który jeszcze nie zdołał uśmiercić się na swoim ryczącym jednośladzie,

- przedstawiciela Klubu Zardzewiałej Beemki lub jakiegoś innego bardziej majętnego patafiana w kosztowniejszej odmianie pojazdu wyznaczającego mentalność swojego posiadacza,

- albo, co już chyba najgorsze, srebrnej Skody Fabii kombi na warszawskich tablicach i z anteną SiBi na dachu. Ci są chyba najgroźniejsi, bo żyją według zasady: „Życie nie ma wartości – tylko czas się liczy”

Podczas ostatnich zawodów w kolarstwie górskim miałem natomiast okazję obserwować zawodnika, który, pomimo braku lusterka wstecznego w swoim, było nie było, bardzo porządnym rowerze górskim, wykazał się nadzwyczajną zdolnością jednoczesnego obserwowania trasy zarówno przed, jak i za sobą i to z lekką przewagą patrzenia za siebie. Wiadomo, że taka umiejętność jest konieczna na wyścigach szosowych, podczas ucieczek i finiszów. Ale w MTB?

Początkowo przyszło mi do głowy, że przyczyną takiego stanu rzeczy jest fakt, że od dłuższej chwili wlokę się bohaterowi mojej opowieści na kole, a przecież do niedawna byłem jego ulubionym wrogiem, z którym najpierw bardzo chciał wygrać, a potem zaczął wygrywać i tak mu już zostało. W tej sytuacji byłoby do pomyślenia, że moja przeciągająca się obecność w jego kilwaterze doprowadza go do furii.

Potem wykombinowałem, że może przyczyna jest jakaś atrakcyjniejsza. Na przykład za moimi plecami podąża smukła zawodniczka w niedosuniętym na ponętnym biuście trykocie i to tak przykuwa uwagę Miśka. Sprawdziłem. Niestety, ta koncepcja okazała się chybiona. Facet za nami był włochaty, płaski z przodu, miał mało zachęcającą minę i gęstą ślinę w kącikach.

Wróciłem zatem do pierwszego pomysłu, ale i ten upadł, bo kiedy pomyliłem trasę, Kudłaty okazał się lojalnym kumplem i nie tylko nie zaryczał z radości złowieszczym rechotem, ale nawet wrzasnął do mnie, żebym zawracał. Co prawda już go nie dogoniłem i nie wiem, czy od tego momentu przestał już spoglądać wstecz, ale do końca wyścigu czułem, że facet jest naprawdę wporzo.

I na koniec krótko, samochwalczo, wyniki:

- Marysia – z uwagi na chwilowy brak maszyny startowej tylko wyścig dziecięcy i w nim, zgadnijcie, maskracja skromnej stawki, miszczostwo Polski dzieci lekarskich w kategorii córek lekarskich,

- Kudłaty – drugi wśród monocyklistów (czyli tych, którzy jechali na jedno kółko), pierwszy w kategorii młodych sympatyków i szacunek u Radka za tryumf lojalności nad chęcią zwycięstwa,

- Janek – siódme miejsce ołpen na dwa okrążenia, pierwsze w kategorii,

- Alek – trzynasty generalnie, trzeci w kategorii, gratulacje za długo oczekiwany debiut w sezonie; ścigamy się za rok?

- Magda – wicemistrzostwo Polski lekarzy w kategorii kobiet nie całkiem młodych, ale nie bardzo jeszcze starych. Dziękujemy!

Relacja foto nr 1

Relacja foto nr 2

Relacja foto nr 3


Radek
 
data
2014-09-04 Tym razem nie będzie wylewnej relacji. Wena iz gon...
W ciągu ostatnich tygodni wydarzyło się tak wiele, że nie ma najmniejszej nawet możliwości, żeby o tym napisać.
  Gdybym próbował, musiałbym całkowicie zarzucić jeżdżenie na rowerze i nie tak przecież długą resztę mojego życia spędzić nad klawiaturą komputerową, a to z kolei groziłoby mi dalszą modyfikacją sylwetki w tym kierunku, że już nigdy się nie dowiedziałbym, czy mam na sobie same sandały, czy frotowe skarpetki do tych sandałów też.

Dlatego tym razem obędę się bez jakichkolwiek ozdobników. Suche fakty. Lakonicznie, bez emocji. Nuda.

1. 16 sierpnia szeroka reprezentacja hardbajku po raz który to już w życiu pokonała podjazd na Równicę. Byli wśród nich weterani, na przykład piętnastoletni Janek Pawłowski, który w ramach tegoż wyścigu wspinał się na szczyt po raz ósmy, co w dziewięcioletniej historii imprezy jest wynikiem zbliżonym do idealnego. Byli mocni nibydebiutanci, jak Mieszko, który nie po raz pierwszy zmierzył się z morderczym asfaltem i kostką, ale pierwszy raz mając na grzbiecie klubowy hardbajkowy antrykot (dla złośliwych: wiem, że pomyliłem pojęcia, a w zasadzie to robię to celowo). Byli świeżacy, jak Darek R. (nie mylić z Darkiem Batkiem, który pod górę jedzie krócej, niż ja zazwyczaj zjeżdżam). I całkowicie cichociemni, jak Darka R. śfagier Paweł, który przez skromność postanowił ścigać się korespondencyjnie, z własnym stoperem, tydzień później) I całą reszta naszych wspaniałych i dzielnych: Magda, Marysia, Piotr (Trzeci Wielki, pierwszy i drugi nawalili), Klaudia i Kudłaty, który wreszcie musi znaleźć sobie nowego wroga, bo Radka leje bez litości. Aha. Radek jeszcze był. W sensie ja.

2. Następnego dnia czekała jeszcze jedna atrakcja: kolejne zajęcia Ustrońskiej Szkoły MTB prowadzone przez Darka Batka i Alka Kwiatka. Tu znowu nie będę się rozpisywał. TUTAJ jest świetna relacja fotograficzna (zgadnijcie, czyja), ale kto nie był, nie poczuje klimatu. Przyjedźcie następnym razem.

3. Zaraz potem dziewięcioosobowa ekipa hardbajku udałą się na krótki obóz kondycyjny do Styrii, gdzie w masywie Schadming prowadzone były, w zmiennych, ale przeważnie złośliwych, warunkach atfosmerycznych, mordercze treningi, metodą wycieczkową. O nadesłanie fotorelacji proszeni są Magda oraz Niepołomice.

4. Tutaj też narodził się pewien chitry plan, ale o nim zaraz.

5. Zaraz po powrocie z Austrii hardbajk zaprezentował się na finale Family Cup 2014. Tutaj nasze osiągnięcia wyglądały dość skromnie, podaję chronologicznie: Marysia – mistrzyni Polski, Wojtek – mistrz Polski, Kudłaty czwarty, Janek – mistrz Polski, Mieszko – wicemistrz Polski, Magda – mistrzyni Polski, potem spałem w samochodzie, potem Pawłowscy – zwycięstwo w sztafecie, a potem jeszcze złoto w rodzinnej dla Magdy i Janka, a wreszcie Puchar Polski i tam na podium Kudłaty, Piotrek oraz Piotrek z Wojtkiem. Na cholerę nam tyle pucharów? Podobno światowe zasoby złota są ograniczone?

6. I tutaj nadchodzi wcześniej anonsowany chitry plan, którego praojcem jest Janek. Późną wiosną przyszłego roku, hąhretnie w okolicach Bożego Ciała, zapraszamy wszystkich chętnych na kilkudniową wyprawę w Alpy, której gwoździem (oby nie w oponie) będzie jednodniowa wycieczka rowerowa po Dachstein-Runde. Sto osiemdziesiąt kilometrów w poziomie i prawie pięć do góry. Trenujcie. Szczegóły wkrótce. Ilość miejsc ograniczona!!!

  Miało być krótko i było. Żegnam się. Radek.
data
2014-08-13 Ostry/ Czantoria Uphill czyli o planowaniu strategicznym
Człowiek, z którego zdaniem bardzo się liczę, w rozmowie dotyczącej kolarstwa, doboru sprzętu, metod treningowych wypowiedział kiedyś zdanie, które uderzyło mnie swoją mądrością, a mianowicie: „Niektórzy kolarze popełniają ten błąd, że szukają rezerw tam, gdzie ich nie ma”...
  Dlatego w swoich przygotowaniach do drugiej i trzeciej edycji cyklu Beskidy Uphill MTB postanowiłem nie popełnić tego błędu i oprzeć swoje przygotowania na racjonalnym myśleniu, profesjonalnym serwisie i precyzyjnym planowaniu taktyki. Miałem nadzieję, że tym sprytnym posunięciem zdołam zrekompensować fakt, że jako człowiek i kolarz od ubiegłego roku uległem zjawisku tzw. upsizingu, co boleśnie potwierdziła wizyta na wadze oraz analiza moich wyników z Rakowej i Istebnej.

Plan był prosty i w tej prostocie genialny:

1. Skrupulatnie przemyślałem sprawę i ze swej stajni wytypowałem rumaka, który najlepiej nadawał się do pokonania arcytrudnych podjazdów, a następnie poleciłem go opiece najlepszych serwismenów – mam tu na myśli nowo powołany projekt pod nazwą „Flałerbike – profesjonalny serwis rowerowy oraz kompleksowa obsługa iwentów kolarskich”. Jakby tego było mało, przed samym startem dętkę wymieniał mi (w jednej osobie) mistrz Polski i wicemistrz świata, Darek Batek.



2. I wtedy wpadłem na drugi szatański pomysł, mianowicie taki, że zaczaję się na trasie, poczekam, aż wcześniej wspomniany mistrz Darek będzie mnie wyprzedzał, wskoczę mu wtedy na koło, pociągnę się do samej mety (regulamin tego nie zabrania!), a tam wyjdę mu z koła i wynik będzie jak marzenie!

Plan nie do końca się udał, ponieważ Darek wyprzedził mnie, a następnie zniknął mi za widnokręgiem w czasie, kiedy opuściłem wzrok w dół, żeby sięgnąć po bidon.

Co gorsza, dzisiaj dokonałem precyzyjnej symulacji mojego czasu w wyścigu na Równicę, który czeka mnie w najbliższą sobotę i wynik, jaki pokazał mi nasz superszybki komputer klubowy, nie wygląda zachęcająco. Konkretnie wynosi około 29 minut. A to oznacza, że na cały przyszły sezon plan taktyczny jest jednopunktowy: nazywa się personal dałnsajzing o co najmniej trzy kilo, koniec kropka!

P.S. W uphillu na Czantorię miejsce na podium wywalczyła Klaudia. Gratulujemy, podziwiamy i prosimy o garść spostrzeżeń.

Radek
 


strona następna I strona ostatnia

powrót do strony głównej